Słynny Rafał Olbiński w Muzeum Narodowym w rodzinnych Kielcach. "Jestem szczęśliwym, bo zajętym człowiekiem" [WIDEO, ZDJĘCIA]

Lidia Cichocka

Wideo

O własnej pazerności, trzech rzeczach, które umie robić i niechęci do spania mówił światowej sławy artysta Rafał Olbiński na spotkaniu poprzedzającym otwarcie monograficznej wystawy jego prac w Muzeum Narodowym w Kielcach. Jego rodzinnym mieście.

- Ta wystawa nie ma ani hasła, ani motywu przewodniego - wyjaśnia artysta. - To chaos, trochę retrospektywa. Wszystkie prace, które można tu zobaczyć zostały wypożyczone od kolekcjonerów, instytucji. Sam siebie zaskoczyłem, że jestem tak pracowity, bo to przecież ułamek tego, co namalowałem. Odkrywam też rzeczy, które kiedyś robiłem. Np. stare ilustracje do New York Timesa czy Times Magazine, które zupełnie wymazałem z pamięci. Wydawało mi się, że są słabe a okazuje się, że się bronią, ładnie oprawione, w ramach. Może dzięki tym ramom?

Artysta proponuje by każdy widz sam ułożył swoją myśl przewodnią. - To pokrywa się z tym, czym tak naprawdę jest sztuka. Ona nie powstaje na sztaludze czy w szkicowniku artysty, ale w oczach tego, który ją ogląda. Bez publiczności sztuka nie istnieje. Ja tylko daję kluczyk do obrazu a ktoś kto patrzy wybiera taki na jaki wachlarz jego wrażliwości pozwala. I to jest piękne w sztuce. Proponuję by każdy sam znalazł ten istotny, wyjątkowy dla niego obraz. Co prawda nie kupi go, bo one są teraz piekielnie drogie. Mnie na przykład na nie nie stać i żałuję, że tak je lata temu sprzedawałem, bez sensu. Teraz są trzy razy droższe, ale zrobiłem się pazerny w związku z czym nie mam własnych obrazów, bo je natychmiast, z tej pazerności, sprzedaję. Potem mam problem, co robić z tymi pieniędzmi. Ja w moim wieku postanowiłem nie pić złego wina. Zostało mi już tylko parę lat życia, więc piję tylko dobre francuskie wino i jem dobre sery, czasami kupują foie gras albo kawior, podróżuję biznes klasą.

Na wystawie można zobaczyć to, od czego Rafał Olbiński zaczynał jako grafik, był przecież absolwentem architektury i jak podkreśla nigdy, poza studiami nie uczył się rysunku. To okładki Jazz Forum, okładki płyt Klenczona czy Breakoutów.

Rafał Olbiński przyznał, że oglądanie wystawy przywołuje wspomnienia. - Np. pierwsze kroki w New York Timesie, gdzie jednego dnia musiałem zrobić szkic, koncept i wykonać rysunek. Pamiętam moje zdenerwowanie czy się sprawdzę. Portfolio, które przywiozłem z Polski było bez znaczenia, liczyła się tylko ta praca. A rysunek w NYT to było coś. Pamiętam też napięcie jakie to towarzyszyło mi przy pierwszej okładce do Timea, to pierwsza liga amerykańskiej ilustracji. Taka okładka to nie tylko kilkumilionowa publiczność, bo taki jest nakład Timea, ale także pieniądze. Dla biednego emigranta z Polski 4,5 tys. dolarów za dwie okładki to były straszne pieniądze. Dzięki nim mogłem wynająć mieszkanie i wyprowadzić się z piwnicy bez okna, w której mieszkałem.

Na przykład okładki Der Spiegla. - Miałem ich więcej od niemieckich rysowników. Pamiętam jak naczelny Spiegla zaprosił mnie na lunch. Być może myślał, że zobaczy Polaka z demoludów, pośmieje się, bo zapraszanie grafika na lunch nie było tam przyjętym zwyczajem. A ja porozmawiałem, opowiedziałem dowcip.

- Każda z prac na tej wystawie ma jakąś opowieść za sobą. Sporo rzeczy robiłem na konkretne zamówienie: okładki książek, płyt, plakaty operowe czy teatralne. Jedną z najlepiej płatnych była kampania reklamowa American Airlines, zrobiłem dla nich kilkanaście ilustracji. Dzięki temu mogłem kupić bilet miesięczny do metra.

Na wielu pracach Olbińskiego widnieje tęcza. - W biblii to symbol przymierza Boga i człowieka - mówił. - Dzisiaj na Placu Trzech Krzyży znowu postawiono tęczę i znowu ustawiła się grupa takich ponurych debili protestujących.

Dla niego tęcza jest ciągle inspirująca a odkąd ma dom na Martynice może oglądać ją często. Z pobytem na wyspie łączy się jeszcze jeden powód do satysfakcji: - Dzięki pobytowi tam mogę wreszcie mówić nie wciągając brzucha. Bo go nie mam. Do tej pory zawsze musiałem to kontrolować, a ciężko mówić coś inteligentnego, kiedy myślisz o wciąganiu brzucha.

Ten stan osiągnął dzięki pływaniu: trzy raz dziennie przez 5 miesięcy. - Odkryłem, że poza rysowaniem i malowaniem potrafię jeszcze dobrze pływać. Taki dobry zrobiłem się w pływaniu, że gdyby była olimpiada dla 90+ to nawet jakiś medal bym dostał - mówi.

Kilkanaście lat temu nie wykluczał powrotu w rodzinne strony, ale dzisiaj pyta: Co ja bym tu robił? - Mógłbym malować, na Martynice też głównie pływam i codziennie maluję. Ale tu nie ma gdzie pływać. W Kielcach słabo z morzem.

- Wybrałem się teraz w moje domowe lasy (okolice Stadionu w Kielcach - przyp. red.) i zobaczyłem, że jest w nich znacznie więcej pomników. A każdy z przesłaniem: młodzi ludzie zginęli za ojczyznę. Kurczę, myślę, że 17-letni chłopcy nie wiedzieli co to znaczy oddać życie. Ktoś im nawkładał do głowy, że najlepiej jest zginąć dla ojczyzny. A sztuką jest żyć dla ojczyzny. Zrobić coś takiego jak Maria Skłodowska-Curie, jak Tokarczuk a nie ginąć na barykadzie. Mnie też to wbijano do głowy i jak byłem mały chciałem być partyzantem.

- Zastanawiam się też, dlaczego w Polsce nie ma wesołych pomników? Byłem kiedyś na festiwalu Cervantino w Meksyku, całe miasto było pełne zabawnych pomników związanych z Cervantesem. A tu są same smutasy i martyrologia. Moja sztuka nie wiedzie na barykady.

Plany zawodowe Rafała Olbińskiego nie są związane z Polską. - Wkrótce wyjeżdżamy do Bułgarii, gdzie w w rzymskim amfiteatrze w Plovdid będzie prezentowana opera "Don Giovanni". Wykorzystano do nie scenografię, którą robiłem do Opery Kameralnej w Warszawie. Miasto Plovdiv bardzo o mnie zabiegało i na pryncypialnej ulicy zostaną pokazane moje plakaty.

-Mark Twain powiedział, że być zajętym to jest jedyne szczęście jakie człowiek może mieć. Ja jestem potwornie zajęty, jestem szczęśliwym człowiekiem. Nie mam czasu na nic. I to jest fantastyczna recepta na życie: dojść do takiego momentu by niecierpliwie czeka aż się ponownie obudzę by móc dalej pracować. Idę spać z niechęcią, że trzeba a tu jest tyle do zrobienia. Mam nadzieję, że tak to będzie trwało. Do ostatniego tchnienia - tak się mówi. A propos to kupiłem sobie urnę, bo mój kolega Głowacki miał urnę zbitą z desek myślałem: taki wielki człowiek i taka mała urna. A ponieważ jedną z moich pasji jest kupowanie na aukcjach rzeczy niepotrzebnych wypatrzyłem taką piękną, brązową, barokową i teraz stoi i prowokacyjnie czeka.

Rafał Olbiński stwierdził także, że najprzyjemniejsze momenty w procesie tworzenia to chwila, kiedy rodzi się pomysł: - Szkicujemy coś i czujemy, że ten pomysł może fruwać, potem jest parę dni upierdliwej roboty, człowiek się męczy, potworna nuda, puszczam sobie jakąś muzykę a ostatnio francuski, bo się go uczę. I potem jest moment, kiedy kończymy obraz. Największą przyjemnością jaką ma każdy artysta to moment urodzenia: kiedy to dziecko już jest: wrzeszczy, ładnie wygląda i idzie w swoje życie. Jak w życiu: najpierw seks, potem ciężko, kiedy z brzuchem chodzimy a potem poród i radość.

Rafał Olbiński to kielczanin, urodzony w 1943 roku. Jeden z najbardziej popularnych artystów końca XX wieku i początku XXI. Ilustrator, rysownik, plakacista, scenograf, malarz. Ma własny pełen metafor i odniesień do literatury styl.

Monograficzną wystawę Rafała Olbińskiego w Muzeum Narodowym w Kielcach można oglądać do 31 października.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie